Dobry wieczór,
Przepraszam, że teraz nie dodaję żadnych rozdziałów. To z powodu szkoły i może też 2 innych czynników: lenistwo i brak weny twórczej. Tak poza tym jadę jutro ( 16.05 ) na komunię ciotecznego brata i no...no to tyle.
Pozdrawiam, autorka.
czwartek, 15 maja 2014
poniedziałek, 12 maja 2014
4
*Następnego dnia*
- Clara, jesteś pewna, że dobrze wyglądam? - spytałam po raz wtóry mojej przyjaciółki, na co ta przewróciła oczami.
- Nawet lepiej niż dobrze. A teraz proszę cię, daj mi zrobić coś z tymi lokami. Rozpuszczone nie prezentują się tak dobrze jak w mojej wyobraźni. - tylko skinęłam głową. Musiałam zaufać Clarze, że dobrze wyglądam. Ale to był taki stres. Bałam się co może powiedzieć o mnie Johell, który coś planuje, skoro zabiera mnie trzy godziny przed imprezą.
Clara pociągnęła mnie mocniej za włosy.
- Au!
- Przepraszam! - powiedziała natychmiast - Ale jak chcesz być piękna, to cierp.
- Typowy tekst mojej mamy. - mruknęłam.
- No właśnie. Kwestia twojej mamy. Coś mało o niej opowiadasz. Nawet nie wiem jak ma na imię. Opowiesz coś o niej? - nie lubiłam gdy ktoś zadawał to pytanie. Kochałam moją mamę i nigdy nie mówiłam do niej per Nicole. Chciałam ją mieć dla siebie na wyłączność dopuszczając do niej tylko Francisa i Tiffany. Ona była moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogłam jej się wyżalić. Taka jakby BFF, Best Friend Forever.
- Nicole. - powiedziałam po dłuższej chwili - Nazywa się Nicole.
- Truelse?
- Nie. - westchnęłam - Zmieniła na nazwisko Francisa po ślubie z nim.
Dalej milczałam. Nie chciałam więcej o niej gadać. Nienawidziłam jej drugiego nazwiska. Byłam na nią wściekła, jak kazała 4 lata temu odejść mojemu tacie. Czas zabliźnił te rany, więc postanowiłam jej wybaczyć. Dlatego teraz była moją przyjaciółką. Clara chyba zrozumiała moje milczenie, bo nie wypytywała dalej.
- Gotowe. - rzekła nagle Clara.
- Mogę się wreszcie przejrzeć? - nie pozwoliła mi tego zrobić, dopóki nie skończyła wszystkiego.
Skinęła głową. Z wahaniem podeszłam do dużego lustra zawieszonego w pokoju Clary. Spojrzałam w swoje odbicie i aż zaniemówiłam. Czarna sukienka wyglądała na mnie jeszcze lepiej niż w wczoraj w sklepie. Czarny materiał idealnie przylegał do mojej tali. Clara spięła moje wcześniej pofalowane włosy w kok na czubku głowy. Diamentowe kolczyki mojej mamy świetnie pasowały do bransoletki kupionej w Aparcie. Ciemny makijaż był świetnie dopasowany do sukienki i czarnych butów i niesamowicie kontrastował z moją niezwykle bladą skórą.
- Wyglądam jak moja mama w młodości na zdjęciach. - odrzekłam i dostałam gęsiej skórki. To była całkowita prawda - nie raz oglądałam zdjęcia mojej mamy. Wyglądałam jak ona w młodości, a ta była nieziemsko piękna. - Odwaliłaś świetną robotę. Nie wiem jak mam ci dziękować. - rzuciłam się Clarze na szyję.
- Dobrze, dobrze. - mruknęła z uśmiechem. Po chwili jednak otrzeźwiała - Tylko mi się tu nie rozklejaj, bo zepsujesz makijaż!
- Okejjjjj. - Przedłużyłam ostatnią literę. Clara spojrzała na zegarek.
- Cholera! W pół do trzeciej. Musimy już jechać.- Złapała moją mini czarną torebeczkę na ramię i zaczęła szybko pakować do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Mruczała przy tym cicho: - Błyszczyk, telefon...trzeba go wyciszyć, żeby im nie przeszkadzał, chusteczki gdyby ryczała, spray pieprzowy, ojj nie zmieści się, klucze do domu i pieniądze żeby mogła za coś zapłacić gdyby ją wystawił...
- Ona wszystko słyszy! Chyba nie myślisz, że Johell zrani dzisiaj Mennie? - nienawidziłam gdy ktoś w mojej obecności mówił o mnie w trzeciej osobie. Niestety strach przezwyciężył moją złość. A co jak Clara miała rację i Johell wcale nie szykował romantycznej randki? Może chciał się mnie pozbyć? Chciało mi się płakać.
- Niech Mennie nie płacze! - powiedziała Clara dalej bawiąc się w mówienie o mnie w 3 osobie.
- Clara, a co jak to prawda? - spytałam.
- Och, kotku nie martw się. Na pewno tak nie jest...chyba. Ale nie możesz mu tego pokazać. Zacznij płakać dopiero po jego odjeździe, gdyby tak było. Musisz mu pokazać, że jesteś silna, a jak zobaczy, że wcale ci na nim nie zależało to do ciebie wróci. Oni zawsze wracają. - pocieszała mnie Clara.
- D-dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłaś. - powiedziałam jej.
*20 minut później*
Okej, ja spadam za nim tu podjecie. Papa. - pożegnała się Clara. Ja tylko jej pomachałam. W drodze do domu Clara zapewniała mnie, że wszystko będzie dobrze i tego się trzymałam. Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, myślałam.
Pięć minut po odejściu Clary usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam do nich i wzięłam głęboki wdech. Przybrałam uśmiech na twarzy i mocno szarpnęłam za klamkę. Ujrzałam Johella w czarnym garniturze. Jak zwykle wyglądał zachwycająco, aż mi zaparło dech w piersi. Jego zielone oczy błyszczały jeszcze bardziej niż zwykle. Jego wargi były wykrzywione w powitalnym uśmiechu, a włosy elegancko ułożone po obu stronach głowy. Trzymał coś w ręku.
- Witaj, Królewno. - przywitał się podając mi czerwoną różę.
- Cześć. I dziękuję. - nie jestem pewna, ale chyba się zarumieniłam. Tak, ja i moje płonące policzki na zawsze razem, pomyślałam z niechęcią.
- Uważam, że pięknie wyglądasz z rumieńcami. - powiedział i dopiero teraz zaczął mi się przyglądać. Co to miało być? Jakby czytał w moich myślach.
- To może ja odstawię kwiatek do wazonu. - mruknęłam i otworzyłam przed nim drzwi - Właź.
Posłusznie spełnił rozkaz, a ja poleciałam do kuchni w poszukiwaniu wazonu. Mieliśmy ich dużo, bo moja mama miała fioła na punkcie roślin. Bezproblemowo wybrałam jeden z tych mniejszych i nalałam do niego wody. Johell uważnie mi się przyglądał. Gdy włożyłam kwiatek nareszcie się odezwał:
- W wejściu chciałem jeszcze dodać, że...ugh wyglądasz bardzo seksownie.
Znów oblałam się rumieńcem.
- D-dziękuję. Ty również.
Uśmiechnął się uwodzicielsko. Aż kolana mi zmiękły a w brzuchu zaczęło przewracać.
- Idziemy? - spytałam zmieniając temat.
- Oczywiście, Królewno.
Podeszłam do niego, a on złapał mnie za rękę i splótł swoje palce z moimi. Przemierzyliśmy hol i dotarliśmy do drzwi. Johell gwałtownie się zatrzymał.
- Jest ktoś w domu?
- N-nie. - odrzekłam.
- A jak tu wrócimy po 19 to ktoś będzie?
- Też n-nie. Rodzice w-wyjechali dzisiaj w s-sprawie jakiegoś klienta. Nie będzie ich do poniedziałku. Zabrali z sobą Tiffany, więc nie potrzebna nam niania. - Po co mu to było?
- Idziemy? - tym razem to on spytał. Z wahaniem skinęłam głową. Teraz moje myśli zaprzątało coś innego. Czemu pytał się czy ktoś będzie w domu...czyżby planował się ze mną...?
Wyszliśmy z domu, a Johell pociągnął mnie w stronę samochodu.
***
- Clara, jesteś pewna, że dobrze wyglądam? - spytałam po raz wtóry mojej przyjaciółki, na co ta przewróciła oczami.
- Nawet lepiej niż dobrze. A teraz proszę cię, daj mi zrobić coś z tymi lokami. Rozpuszczone nie prezentują się tak dobrze jak w mojej wyobraźni. - tylko skinęłam głową. Musiałam zaufać Clarze, że dobrze wyglądam. Ale to był taki stres. Bałam się co może powiedzieć o mnie Johell, który coś planuje, skoro zabiera mnie trzy godziny przed imprezą.
Clara pociągnęła mnie mocniej za włosy.
- Au!
- Przepraszam! - powiedziała natychmiast - Ale jak chcesz być piękna, to cierp.
- Typowy tekst mojej mamy. - mruknęłam.
- No właśnie. Kwestia twojej mamy. Coś mało o niej opowiadasz. Nawet nie wiem jak ma na imię. Opowiesz coś o niej? - nie lubiłam gdy ktoś zadawał to pytanie. Kochałam moją mamę i nigdy nie mówiłam do niej per Nicole. Chciałam ją mieć dla siebie na wyłączność dopuszczając do niej tylko Francisa i Tiffany. Ona była moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogłam jej się wyżalić. Taka jakby BFF, Best Friend Forever.
- Nicole. - powiedziałam po dłuższej chwili - Nazywa się Nicole.
- Truelse?
- Nie. - westchnęłam - Zmieniła na nazwisko Francisa po ślubie z nim.
Dalej milczałam. Nie chciałam więcej o niej gadać. Nienawidziłam jej drugiego nazwiska. Byłam na nią wściekła, jak kazała 4 lata temu odejść mojemu tacie. Czas zabliźnił te rany, więc postanowiłam jej wybaczyć. Dlatego teraz była moją przyjaciółką. Clara chyba zrozumiała moje milczenie, bo nie wypytywała dalej.
- Gotowe. - rzekła nagle Clara.
- Mogę się wreszcie przejrzeć? - nie pozwoliła mi tego zrobić, dopóki nie skończyła wszystkiego.
Skinęła głową. Z wahaniem podeszłam do dużego lustra zawieszonego w pokoju Clary. Spojrzałam w swoje odbicie i aż zaniemówiłam. Czarna sukienka wyglądała na mnie jeszcze lepiej niż w wczoraj w sklepie. Czarny materiał idealnie przylegał do mojej tali. Clara spięła moje wcześniej pofalowane włosy w kok na czubku głowy. Diamentowe kolczyki mojej mamy świetnie pasowały do bransoletki kupionej w Aparcie. Ciemny makijaż był świetnie dopasowany do sukienki i czarnych butów i niesamowicie kontrastował z moją niezwykle bladą skórą.
- Wyglądam jak moja mama w młodości na zdjęciach. - odrzekłam i dostałam gęsiej skórki. To była całkowita prawda - nie raz oglądałam zdjęcia mojej mamy. Wyglądałam jak ona w młodości, a ta była nieziemsko piękna. - Odwaliłaś świetną robotę. Nie wiem jak mam ci dziękować. - rzuciłam się Clarze na szyję.
- Dobrze, dobrze. - mruknęła z uśmiechem. Po chwili jednak otrzeźwiała - Tylko mi się tu nie rozklejaj, bo zepsujesz makijaż!
- Okejjjjj. - Przedłużyłam ostatnią literę. Clara spojrzała na zegarek.
- Cholera! W pół do trzeciej. Musimy już jechać.- Złapała moją mini czarną torebeczkę na ramię i zaczęła szybko pakować do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Mruczała przy tym cicho: - Błyszczyk, telefon...trzeba go wyciszyć, żeby im nie przeszkadzał, chusteczki gdyby ryczała, spray pieprzowy, ojj nie zmieści się, klucze do domu i pieniądze żeby mogła za coś zapłacić gdyby ją wystawił...
- Ona wszystko słyszy! Chyba nie myślisz, że Johell zrani dzisiaj Mennie? - nienawidziłam gdy ktoś w mojej obecności mówił o mnie w trzeciej osobie. Niestety strach przezwyciężył moją złość. A co jak Clara miała rację i Johell wcale nie szykował romantycznej randki? Może chciał się mnie pozbyć? Chciało mi się płakać.
- Niech Mennie nie płacze! - powiedziała Clara dalej bawiąc się w mówienie o mnie w 3 osobie.
- Clara, a co jak to prawda? - spytałam.
- Och, kotku nie martw się. Na pewno tak nie jest...chyba. Ale nie możesz mu tego pokazać. Zacznij płakać dopiero po jego odjeździe, gdyby tak było. Musisz mu pokazać, że jesteś silna, a jak zobaczy, że wcale ci na nim nie zależało to do ciebie wróci. Oni zawsze wracają. - pocieszała mnie Clara.
- D-dziękuję za wszystko co dla mnie zrobiłaś. - powiedziałam jej.
*20 minut później*
Okej, ja spadam za nim tu podjecie. Papa. - pożegnała się Clara. Ja tylko jej pomachałam. W drodze do domu Clara zapewniała mnie, że wszystko będzie dobrze i tego się trzymałam. Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze, myślałam.
Pięć minut po odejściu Clary usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam do nich i wzięłam głęboki wdech. Przybrałam uśmiech na twarzy i mocno szarpnęłam za klamkę. Ujrzałam Johella w czarnym garniturze. Jak zwykle wyglądał zachwycająco, aż mi zaparło dech w piersi. Jego zielone oczy błyszczały jeszcze bardziej niż zwykle. Jego wargi były wykrzywione w powitalnym uśmiechu, a włosy elegancko ułożone po obu stronach głowy. Trzymał coś w ręku.
- Witaj, Królewno. - przywitał się podając mi czerwoną różę.
- Cześć. I dziękuję. - nie jestem pewna, ale chyba się zarumieniłam. Tak, ja i moje płonące policzki na zawsze razem, pomyślałam z niechęcią.
- Uważam, że pięknie wyglądasz z rumieńcami. - powiedział i dopiero teraz zaczął mi się przyglądać. Co to miało być? Jakby czytał w moich myślach.
- To może ja odstawię kwiatek do wazonu. - mruknęłam i otworzyłam przed nim drzwi - Właź.
Posłusznie spełnił rozkaz, a ja poleciałam do kuchni w poszukiwaniu wazonu. Mieliśmy ich dużo, bo moja mama miała fioła na punkcie roślin. Bezproblemowo wybrałam jeden z tych mniejszych i nalałam do niego wody. Johell uważnie mi się przyglądał. Gdy włożyłam kwiatek nareszcie się odezwał:
- W wejściu chciałem jeszcze dodać, że...ugh wyglądasz bardzo seksownie.
Znów oblałam się rumieńcem.
- D-dziękuję. Ty również.
Uśmiechnął się uwodzicielsko. Aż kolana mi zmiękły a w brzuchu zaczęło przewracać.
- Idziemy? - spytałam zmieniając temat.
- Oczywiście, Królewno.
Podeszłam do niego, a on złapał mnie za rękę i splótł swoje palce z moimi. Przemierzyliśmy hol i dotarliśmy do drzwi. Johell gwałtownie się zatrzymał.
- Jest ktoś w domu?
- N-nie. - odrzekłam.
- A jak tu wrócimy po 19 to ktoś będzie?
- Też n-nie. Rodzice w-wyjechali dzisiaj w s-sprawie jakiegoś klienta. Nie będzie ich do poniedziałku. Zabrali z sobą Tiffany, więc nie potrzebna nam niania. - Po co mu to było?
- Idziemy? - tym razem to on spytał. Z wahaniem skinęłam głową. Teraz moje myśli zaprzątało coś innego. Czemu pytał się czy ktoś będzie w domu...czyżby planował się ze mną...?
Wyszliśmy z domu, a Johell pociągnął mnie w stronę samochodu.
***
niedziela, 11 maja 2014
3
Ten tydzień jakoś zleciał. Zaprzyjaźniłam się z Clarą i Benem, no i oczywiście z Johellem, i razem idziemy na imprezę urodzinową Katie z naszej klasy. Katie to nieśmiała dziewczyna, która zazwyczaj trzymała się w odosobnieniu. Dobrze wiedziałam jak to jest spędzać wszystkie przerwy i czas wolny po szkole samej. Postanowiłam, że się z nią zaprzyjaźnię. I tak też zrobiłam. Dzięki temu mamy zaproszenie na jej zamknięte urodziny. Oprócz naszej czwórki i Katie, będzie nasz klasowy kujon Ted. Jest to rudzielec średniego wzrostu z niebieskimi oczami. W sumie, to pasuje do nieśmiałej Katie. Bo ta także ma rude włosy i mnóstwo piegów na twarzy. Clara jest gotką. Ma mnóstwo tatuaży na rękach i plecach, a w pępku kolczyk. Pierwszego dnia tego nie zauważyłam, ponieważ miała bluzkę z długim rękawem. W sumie to zdziwiłam się, że Clara i Ben tak się kochają, a tak się różnią. Ona jest gotką, a on typowym facetem, który uwielbia gry komputerowe, boks i mecze piłki nożnej.
- To jutro idziemy po sukienki na imprezę u Katie. - oznajmiła mi wczoraj Clara.
- Po co? To małe przyjęcie w małym gronie. - przewróciłam oczami - Nie opłaca się kupować sukienek. A tak poza tym mam ich sporo w szafie. Francis uważa, że kiedyś się na nie przestawię i chce być przygotowany. - kolejny przewrót oczami.
- Och, nie wygłupiaj się! Sprawi nam to wielką radochę. Przynajmniej mi. Prooooszę!
Westchnęłam. Clara była bardzo przekonująca z tym swoim "proszę". Zawsze jak tak mówiła to musiałam jej ulec.
- Okej. Ale po co nam to?
- Są dwa powody. - zdziwiłam się. Aż dwa?
- Hmmm? - spytałam.
- Po pierwsze: sprawimy tym radość Katie. Jak zobaczy, że specjalnie na jej urodziny kupiłyśmy sobie sukienki to się ucieszy. - dobra. To rozumiałam.
- A jaki drugi powód?
- Mennie, bez żartów! Serio chcesz brzydko wyglądać przy Johellu? - wyszczerzyła się.
- Clara!
- No co? Ja mówię prawdę. Chłopak się na ciebie napalił, a ty podchodzisz do tego tak obojętnie. Wiem coś o związkach. Jestem z Benem od 4 klasy podstawówki.
Ahhh. Szkoda, że nie mogłam powiedzieć Clarze o tym, że też jestem w tym trochę doświadczona. Powiem jej, ale nie teraz i nie w tym momencie. Bo Johell to nie pierwsza osoba, którą...nooo...więcej niż lubiłam.
- Ale czy musimy kupować nowe sukienki? Mam ich pełno w szafie, mogę ci pożyczyć.
- Bez kitu, Mennie. Jestem za niska jak na twoje sukienki, a tak poza tym sądzę, że Francis nie ma zbyt dobrego gustu. - I tu musiałam się z Clarą zgodzić. Wszystkie sukienki, które mi kupował były albo za dziecięce, albo jak dla starych bab, które muszą zakrywać materiałem swoje pomarszczone łydki.
- No dobra. - zgodziłam się w końcu, a Clara pisnęła ze szczęścia.
I tak następnego dnia stałam pod centrum handlowym w towarzystwie Clary.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - byłam zestresowana. A co jak żadnej ładnej nie znajdę? Przemyślałam to co powiedziała Clara. Naprawdę nie chciałam źle wyjść przed Johellem. W pewnym senie zależało mi na nim, a jeszcze ani razu się nie pocałowaliśmy. Może byłaby okazja na urodzinach Katie...nie. Nie będę go pośpieszać.
- Ty się jeszcze pytasz? To świetny pomysł!
Pociągnęła mnie w stronę centrum handlowego. Weszłyśmy w pierwszy sklep z ubraniami, który był od razu na prawo od drzwi. Przeglądałyśmy różne sukienki: od długich do krótkich od ciemnych do jasnych, ale żadna mi nie wpadła w oko. Byłyśmy w setkach sklepów i nic nie znalazłyśmy. To znaczy ja nie znalazłam. Clara kupiła sobie sukienkę już w drugim sklepie. Była czerwono- czarna kilka centymetrów za kolana z falbankami. A ja? A ja nie miałam nic.
- Mennie, spokojnie. Zostały nam jeszcze cztery sklepy. Na pewno coś znajdziemy.- pocieszała mnie Clara.
- Może i masz rację. Oby. - mruknęłam zmarnowana.
- Hej - kontynuowała - W razie czego zobaczymy co masz w szafie. Urodziny dopiero jutro. Moja mama potrafi szyć. Będzie dobrze.
- Dobra, dobra. Chodź do tego sklepu. Chcę mieć to już za sobą.
- Rozumiem. - pokiwała głową i poklepała mnie po ramieniu.
Może i nie lubiłam gdy ktoś mnie pocieszał, ale inaczej było w przypadku Clary i Jehella...no i jeszcze mój były chłopak, Steve. Brakowało mi go...
Weszłyśmy do dwóch kolejnych sklepów. Tu też nic nie znalazłyśmy...znaczy nic dobrego na mnie. Była tu śliczna złota sukienka to połowy ud, ale nie było mojego rozmiaru.
- Clara, wątpię, że znajdziemy coś w tych dwóch ostatnich sklepach. Możemy sobie darować.- mruknęłam.
- Och, daj spokój. Nawet jeśli tam nic nie znajdziemy, to przynajmniej warto się upewnić, prawda?
W połowie miałam rację. W jednym ze sklepów rzeczywiście nic nie znalazłyśmy. Ale w tym ostatnim nareszcie upatrzyłam tę jedną, jedyną sukienkę. Miała podobną długość do tej złotej, do połowy ud. Była czarna z cienkimi ramiączkami przyczepionymi na skos. Nie podobało mi się w niej tylko to, że trochę błyszczała i miała niesamowicie wielki dekolt. Czułam się w niej naga.
- Jesteś pewna? - dopytywałam się Clary - A co jak Johell stwierdzi, że jestem zdzirą, bo ubieram się w takie odkryte ubrania? Może jednak wezmę tę złotą?
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Kochanie, ta złota strasznie na tobie wisiała. Sądzę, że ta wcale tak cię nie odkrywa. Tylko tak ci się wydaje, bo nigdy nie nosiłaś sukienek. Ona jest świetna. Idź ją przymierz. - podała mi czarny materiał. Szybko wskoczyłam do przebieralni i nałożyłam na siebie sukienkę. Gdy wyszłam do Clary ta zaniemówiła.
- Mennie, wyglądasz bosko! Jeszcze zakręcimy twoje włosy w śliczne fale i pomalujemy. Na sukienka jest seksi!
- Sama nie wiem. - nie byłam do końca przekonana. Może i owszem- dobrze w niej wyglądałam - ale to nie znaczy od razu, że muszę ją mieć. - Jesteś pewna?
- Tak jestem! Jeśli ty jej nie kupisz, ja to zrobię. Mennie, to najlepsza sukienka wszech czasów, a ty ją musisz mieć. Johell będzie zauroczony.
- Dobrze. Kupię ją. Ale sądzę, że Johellowi wcale się nie spodoba. On jest taki perfekcyjny i ma nienaganne maniery. Cud w ogóle, że się mną zainteresował. - Byłam pewna, że tak jest. Że jest mną zainteresowany. Nie wiedziałam czemu tak sądzę, ale wiedziałam że tak jest.
- Jeśli jest tobą naprawdę zainteresowany, to na pewno nie będzie się przejmował, że ubierasz się w takie rzeczy. I dodam, że każdy powiedziałby ci jak bardzo jesteś w tej sukience seksowna.
- Och, okej. Z tobą to chyba nie ma się co wykłócać. I tak będzie po twojemu.
- Owszem. - spojrzała na mnie przepraszająco. - Przebierz się i płać za tą sukienkę. Muszę ci zakręcić na noc włosy. Daj znać mamie, że dzisiaj nocujesz u mnie.
- Taaa, mamie. Sądzę, że powinnam o tym powiedzieć Francisowi. To on wydaje nam rozkazy i pozwolenia.
- Mennie, ty za rok kończysz 18 lat. Bez jaj, on nie może ci rozkazywać.
- To powiedz to samemu zainteresowanemu...-moją wypowiedź przerwał krótki dzwonek. Wyjęłam telefon z torebki. Dałam znać Clarze bezgłośnie, że to Johell.
- Odbierz! - szepnęła.
Kliknęłam zielony przycisk na wyświetlaczu.
- Halo?
- Mennie?
- A to ty Johell. - powiedziałam niby zaskoczona.
- Tak to ja. - zaśmiał się do słuchawki - Jak idziemy na tę imprezę urodzinową do Katie? Jedziesz z Clarą czy...- urwał.
- Czy...?
- Mam po ciebie podjechać? - spojrzałam pytająco na Clarę. Skinęła szybko głową.
- Nie umawiałyśmy się z Clarą, więc jeśli możesz...
- Podjadę jutro o 15. - przerwał mi - Pa - I za nim zdążyłam się pożegnać rozłączył się.
- Iiii? - spytała Clara.
- I się rozłączył.
- O której podjedzie? Nie usłyszałam. Na następny raz proszę cię, włącz na głośnomówiący, dobrze?
- Dobrze. Johell będzie o 15.
- Tak wcześnie? Impreza zaczyna się o 18. - no tak. Johell coś planuje.
- Aha, to dlatego jak powiedział, że podjedzie o 15 tak szybko się rozłączył. Nie dał mi czasu na pomyślenie.
- Uuuuuu. Coś się szykuje. I widzisz? Dobrze było kupić seksowną sukienkę.
- Masz rację. Wracamy?
- Tak. - szturchnęła mnie łokciem.
***
Co sądzicie o tym rozdziale? Za dużo Mennie i Clary, a za mało Johella? Też tak uważam. W następnym rozdziale na pewno będzie więcej Johella, bo...sami zobaczycie. Nie chcę psuć wam niespodzianki. No to pa. Może dzisiaj jeszcze zacznę kolejny rozdział, ale nic nie obiecuję. No bo jutro poniedziałek i szkoła. Mam pracę domową do odrobienia. Widzieliście moje nowe profilowe?
Sama zrobiłam w paint'cie. :P
"My way of looking at the world" - Mój sposób postrzegania na świat.
Tłumaczenie dla tych, którzy nie znają angielskiego lub tym co nie chce się tłumaczyć. Albo wkleić to tłumacza google :P
Niedługo pewnie znowu zmienię profilowe i umieszczę imiona naszej dwójki tytułowych bohaterów. Co wy na to? No to chyba czas się żegnać. Papa.
Pozdrawiam, autorka.
- To jutro idziemy po sukienki na imprezę u Katie. - oznajmiła mi wczoraj Clara.
- Po co? To małe przyjęcie w małym gronie. - przewróciłam oczami - Nie opłaca się kupować sukienek. A tak poza tym mam ich sporo w szafie. Francis uważa, że kiedyś się na nie przestawię i chce być przygotowany. - kolejny przewrót oczami.
- Och, nie wygłupiaj się! Sprawi nam to wielką radochę. Przynajmniej mi. Prooooszę!
Westchnęłam. Clara była bardzo przekonująca z tym swoim "proszę". Zawsze jak tak mówiła to musiałam jej ulec.
- Okej. Ale po co nam to?
- Są dwa powody. - zdziwiłam się. Aż dwa?
- Hmmm? - spytałam.
- Po pierwsze: sprawimy tym radość Katie. Jak zobaczy, że specjalnie na jej urodziny kupiłyśmy sobie sukienki to się ucieszy. - dobra. To rozumiałam.
- A jaki drugi powód?
- Mennie, bez żartów! Serio chcesz brzydko wyglądać przy Johellu? - wyszczerzyła się.
- Clara!
- No co? Ja mówię prawdę. Chłopak się na ciebie napalił, a ty podchodzisz do tego tak obojętnie. Wiem coś o związkach. Jestem z Benem od 4 klasy podstawówki.
Ahhh. Szkoda, że nie mogłam powiedzieć Clarze o tym, że też jestem w tym trochę doświadczona. Powiem jej, ale nie teraz i nie w tym momencie. Bo Johell to nie pierwsza osoba, którą...nooo...więcej niż lubiłam.
- Ale czy musimy kupować nowe sukienki? Mam ich pełno w szafie, mogę ci pożyczyć.
- Bez kitu, Mennie. Jestem za niska jak na twoje sukienki, a tak poza tym sądzę, że Francis nie ma zbyt dobrego gustu. - I tu musiałam się z Clarą zgodzić. Wszystkie sukienki, które mi kupował były albo za dziecięce, albo jak dla starych bab, które muszą zakrywać materiałem swoje pomarszczone łydki.
- No dobra. - zgodziłam się w końcu, a Clara pisnęła ze szczęścia.
I tak następnego dnia stałam pod centrum handlowym w towarzystwie Clary.
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - byłam zestresowana. A co jak żadnej ładnej nie znajdę? Przemyślałam to co powiedziała Clara. Naprawdę nie chciałam źle wyjść przed Johellem. W pewnym senie zależało mi na nim, a jeszcze ani razu się nie pocałowaliśmy. Może byłaby okazja na urodzinach Katie...nie. Nie będę go pośpieszać.
- Ty się jeszcze pytasz? To świetny pomysł!
Pociągnęła mnie w stronę centrum handlowego. Weszłyśmy w pierwszy sklep z ubraniami, który był od razu na prawo od drzwi. Przeglądałyśmy różne sukienki: od długich do krótkich od ciemnych do jasnych, ale żadna mi nie wpadła w oko. Byłyśmy w setkach sklepów i nic nie znalazłyśmy. To znaczy ja nie znalazłam. Clara kupiła sobie sukienkę już w drugim sklepie. Była czerwono- czarna kilka centymetrów za kolana z falbankami. A ja? A ja nie miałam nic.
- Mennie, spokojnie. Zostały nam jeszcze cztery sklepy. Na pewno coś znajdziemy.- pocieszała mnie Clara.
- Może i masz rację. Oby. - mruknęłam zmarnowana.
- Hej - kontynuowała - W razie czego zobaczymy co masz w szafie. Urodziny dopiero jutro. Moja mama potrafi szyć. Będzie dobrze.
- Dobra, dobra. Chodź do tego sklepu. Chcę mieć to już za sobą.
- Rozumiem. - pokiwała głową i poklepała mnie po ramieniu.
Może i nie lubiłam gdy ktoś mnie pocieszał, ale inaczej było w przypadku Clary i Jehella...no i jeszcze mój były chłopak, Steve. Brakowało mi go...
Weszłyśmy do dwóch kolejnych sklepów. Tu też nic nie znalazłyśmy...znaczy nic dobrego na mnie. Była tu śliczna złota sukienka to połowy ud, ale nie było mojego rozmiaru.
- Clara, wątpię, że znajdziemy coś w tych dwóch ostatnich sklepach. Możemy sobie darować.- mruknęłam.
- Och, daj spokój. Nawet jeśli tam nic nie znajdziemy, to przynajmniej warto się upewnić, prawda?
W połowie miałam rację. W jednym ze sklepów rzeczywiście nic nie znalazłyśmy. Ale w tym ostatnim nareszcie upatrzyłam tę jedną, jedyną sukienkę. Miała podobną długość do tej złotej, do połowy ud. Była czarna z cienkimi ramiączkami przyczepionymi na skos. Nie podobało mi się w niej tylko to, że trochę błyszczała i miała niesamowicie wielki dekolt. Czułam się w niej naga.
- Jesteś pewna? - dopytywałam się Clary - A co jak Johell stwierdzi, że jestem zdzirą, bo ubieram się w takie odkryte ubrania? Może jednak wezmę tę złotą?
- Nie, nie i jeszcze raz nie! Kochanie, ta złota strasznie na tobie wisiała. Sądzę, że ta wcale tak cię nie odkrywa. Tylko tak ci się wydaje, bo nigdy nie nosiłaś sukienek. Ona jest świetna. Idź ją przymierz. - podała mi czarny materiał. Szybko wskoczyłam do przebieralni i nałożyłam na siebie sukienkę. Gdy wyszłam do Clary ta zaniemówiła.
- Mennie, wyglądasz bosko! Jeszcze zakręcimy twoje włosy w śliczne fale i pomalujemy. Na sukienka jest seksi!
- Sama nie wiem. - nie byłam do końca przekonana. Może i owszem- dobrze w niej wyglądałam - ale to nie znaczy od razu, że muszę ją mieć. - Jesteś pewna?
- Tak jestem! Jeśli ty jej nie kupisz, ja to zrobię. Mennie, to najlepsza sukienka wszech czasów, a ty ją musisz mieć. Johell będzie zauroczony.
- Dobrze. Kupię ją. Ale sądzę, że Johellowi wcale się nie spodoba. On jest taki perfekcyjny i ma nienaganne maniery. Cud w ogóle, że się mną zainteresował. - Byłam pewna, że tak jest. Że jest mną zainteresowany. Nie wiedziałam czemu tak sądzę, ale wiedziałam że tak jest.
- Jeśli jest tobą naprawdę zainteresowany, to na pewno nie będzie się przejmował, że ubierasz się w takie rzeczy. I dodam, że każdy powiedziałby ci jak bardzo jesteś w tej sukience seksowna.
- Och, okej. Z tobą to chyba nie ma się co wykłócać. I tak będzie po twojemu.
- Owszem. - spojrzała na mnie przepraszająco. - Przebierz się i płać za tą sukienkę. Muszę ci zakręcić na noc włosy. Daj znać mamie, że dzisiaj nocujesz u mnie.
- Taaa, mamie. Sądzę, że powinnam o tym powiedzieć Francisowi. To on wydaje nam rozkazy i pozwolenia.
- Mennie, ty za rok kończysz 18 lat. Bez jaj, on nie może ci rozkazywać.
- To powiedz to samemu zainteresowanemu...-moją wypowiedź przerwał krótki dzwonek. Wyjęłam telefon z torebki. Dałam znać Clarze bezgłośnie, że to Johell.
- Odbierz! - szepnęła.
Kliknęłam zielony przycisk na wyświetlaczu.
- Halo?
- Mennie?
- A to ty Johell. - powiedziałam niby zaskoczona.
- Tak to ja. - zaśmiał się do słuchawki - Jak idziemy na tę imprezę urodzinową do Katie? Jedziesz z Clarą czy...- urwał.
- Czy...?
- Mam po ciebie podjechać? - spojrzałam pytająco na Clarę. Skinęła szybko głową.
- Nie umawiałyśmy się z Clarą, więc jeśli możesz...
- Podjadę jutro o 15. - przerwał mi - Pa - I za nim zdążyłam się pożegnać rozłączył się.
- Iiii? - spytała Clara.
- I się rozłączył.
- O której podjedzie? Nie usłyszałam. Na następny raz proszę cię, włącz na głośnomówiący, dobrze?
- Dobrze. Johell będzie o 15.
- Tak wcześnie? Impreza zaczyna się o 18. - no tak. Johell coś planuje.
- Aha, to dlatego jak powiedział, że podjedzie o 15 tak szybko się rozłączył. Nie dał mi czasu na pomyślenie.
- Uuuuuu. Coś się szykuje. I widzisz? Dobrze było kupić seksowną sukienkę.
- Masz rację. Wracamy?
- Tak. - szturchnęła mnie łokciem.
***
Co sądzicie o tym rozdziale? Za dużo Mennie i Clary, a za mało Johella? Też tak uważam. W następnym rozdziale na pewno będzie więcej Johella, bo...sami zobaczycie. Nie chcę psuć wam niespodzianki. No to pa. Może dzisiaj jeszcze zacznę kolejny rozdział, ale nic nie obiecuję. No bo jutro poniedziałek i szkoła. Mam pracę domową do odrobienia. Widzieliście moje nowe profilowe?
Sama zrobiłam w paint'cie. :P
"My way of looking at the world" - Mój sposób postrzegania na świat.
Tłumaczenie dla tych, którzy nie znają angielskiego lub tym co nie chce się tłumaczyć. Albo wkleić to tłumacza google :P
Niedługo pewnie znowu zmienię profilowe i umieszczę imiona naszej dwójki tytułowych bohaterów. Co wy na to? No to chyba czas się żegnać. Papa.
Pozdrawiam, autorka.
sobota, 10 maja 2014
2
- Johell, serio tak uważasz?
- Że jak się rumienisz to wyglądasz uroczo? -mrugnął do mnie
- Ehm. - wydukałam. Ten facet mnie onieśmielał.
- Tak, serio. Ogólnie jesteś uroczą damą. Masz przynajmniej maniery. Jak to się stało, że już pierwszego podpadłaś Lorensowi?
I co ja mu miałam powiedzieć? Przed chwilą powiedział, że mam maniery, a ja przecież nazwałam Lorensa łamagą. No to klapa. Kłamać nie potrafiłam, więc musiałam mu powiedzieć prawdę. Przychodziło mi to z trudem.
- No, ten teges...ummm, no bo on mnie potrącił...i...
- I nie przeprosił? - pomagał mi Johell.
- Aaa, coś w tym stylu?
- Ty się mnie pytasz? - zaśmiał się.
- No bo...
- Dobra nie mów. Rozumiem, że jeszcze mi nie ufasz.
- Ufam ci. - to było mocno dziwne, ale naprawdę mu ufałam. Czułam, że mogłabym mu się wyżalić, a on by nikomu tego nie powiedział. Bałam się tylko jego reakcji.
- Ach tak? Przecież ledwo co mnie znasz. Co ty o mnie wiesz?
- Że...no, ummm, nazywasz się Johell Moris, jesteś miły, aaa...
- I to tyle, prawda? Ja wiem o tobie więcej. No, ale za pięć minut dzwonek na lekcję, więc chodź, pokaże ci gdzie są szafki.
Sama nie wiedziałam czemu dawałam się ciągle łapać za rękę Johellowi. Szczerze mówiąc to w ogóle go nie znałam, ale jednak czułam się przy nim jakoś tak...swobodnie, tak, tak to można ująć. Johell zaprowadził mnie do dosyć sporego pomieszczenia. Było w nim ciemno, więc brunet zapalił światło, które na krótką chwilę mnie oślepiło. Gdy zamglenie przeminęło ujrzałam rzędy dużych szafek, które były ustawione pod ścianami. Znalazłam ten rząd, który był przeznaczony dla 1a i sprawdziłam jaką mam pierwszą lekcję. Biologia. Westchnęłam. Nigdy nie lubiłam tego przedmiotu. Bo po co mi wiedza na temat tkanek i komórek? To co miałam do tej pory na przyrodzie mogłoby mi się jeszcze przydać, no ale bez przesady. Co, że niby będę specjalnie chodzić z mikroskopem, żeby upewnić się, że drzewo pod moim domem na pewno jest rośliną? Bo może ma tkanki zwierzęce? Bez jaj, to by było mocno zakręcone.
- Mennie, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- zapytał zniecierpliwiony Johell.
- Co? - odpowiedziałam głupkowato.
- Och nic. Tak po prostu zastanawiałem się czemu bujasz w obłokach. Wzięłaś książki? - Johell wyglądał na rozzłoszczonego.
- P-przepraszam. - bąknęłam gdzieś na bok.
Johell westchnął.
- Dobra, dobra, chodź już. Mamy dwie minuty, a ja muszę zaprowadzić cię jeszcze pod salę. Co masz pierwsze?
- Biologię.
- Ach no tak, przecież zawsze pierwszą lekcję mamy z wychowawcami. Powinienem był pamiętać.
- Że co?! - baba od biologi miała być moją wychowawczynią? Tego było już za wiele!
- To co słyszałaś. - wzruszył ramionami. - Idziemy?
Skinęłam głową. Johell objął mnie jedną ręką i prowadził pod moją salę. Jego bliskość powinna była mnie rozpraszać i denerwować, ale chłopak działał na mnie wprost przeciwnie: uspokajająco. Wyszliśmy z szatni. Korytarz tutaj był opustoszały, ciemny i zimny, więc poczułam dreszcze. Johell najwyraźniej to zauważył, bo przyciągnął mnie bliżej do siebie. Minęliśmy damską toaletę i skręciliśmy w lewy korytarz. Szkoła z zewnątrz wydawała się o wiele mniejsza niż była naprawdę. Można by się w niej zgubić, dlatego dobrze czułam się mając przewodnika. W tym korytarzu chodziło o wiele więcej uczniów. Gapili się na mnie i na przytulającego mnie Johella, więc lekko go od siebie odepchnęłam. Z ulgą stwierdziłam, że sam zainteresowany nie wziął tego do siebie. Zauważył, że się na niego patrzyłam,więc skinął głową na znak zrozumienia. Uff.
Zanim się zorientowałam byliśmy już pod moją klasą. Johell posłał mi krótki, ale ciepły uśmiech.
- Dasz sobie radę, Mennie. - powiedział z troską.
- Mam nadzieję, Johell - I już go nie było.
Czekałam pod salą z resztą uczniów. Przyglądałam się każdemu po kolei. Było tu sporo oddzielnych grup, które rozmawiały tylko w swoim towarzystwie. Czterech umięśnionych chłopaków podjęło temat footballu, a ponieważ ze sportu raczej byłam cienka szybko straciłam zainteresowanie mięśniakami. W tym gwarze rozmów dostrzegłam trójkę dziewczyn, które zawzięcie o czymś dyskutowały i co jakiś czas patrzyły na mnie z ukosa. Widać plotki po tym liceum dosyć szybko się rozpowszechniały. Nie wiedziałam gdzie podziać wzrok dopóki nie podeszła do mnie niska dziewczyna o kruczoczarnych włosach.
- Cześć, jestem Clara. - przywitała się entuzjastycznie.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Mennie Truelse. - podałyśmy sobie ręce.
- Widzisz tamtego chłopaka? - wskazała brodą szatyna, który stał przy samych drzwiach i słuchał muzyki na Mp3.
- No.
- To Ben, mój chłopak. - Ben był całkiem przystojny. Oczywiście od razu porównałam go z Johellem, który miał wydatne kości policzkowe, zgrabny nos, piękne, szmaragdowe oczy i lekko zawinięte rzęsy. I zaraz po porównaniu go z Johellem stwierdziłam, że Ben nieco odbiega od ideału, ale wyglądał słodko ze szpiczastym noskiem.
- Dobra, nie mogę wytrzymać. Przepraszam, że o to pytam, ale jak to możliwe, że Johell zainteresował się akurat tobą? - zapytała Clara.
Tak jak myślałam: plotki szybko się tu rozchodzą.
Westchnęłam.
- Sama nie wiem. A co ze mną nie tak skoro Johell zainteresował się "akurat" mną?
- Przepraszam! Nie chciałam cię obrazić. Szczerze mówiąc to chciałam się z tobą zaprzyjaźnić. Ale wszyscy jesteśmy ciekawi. Johell to jeden z tych fajniejszych gości. Pamiętam go podstawówki.
- Okej. Spoko - mruknęłam.
- Wybaczysz?
- Jasne.
- Okej, skoro już zadałam to pytanie to...jaki on naprawdę jest? To znaczy na osobności? - wypytywała dalej.
No właśnie. Jaki on jest naprawdę? Musiałam zdobyć o nim trochę więcej informacji do naszego następnego spotkania. Bo musiałam wiedzieć czy moje zaufanie do niego jest właściwe.
- No to...no nie mam porównania. Jak mi powiesz jak się zachowuje przy wszystkich to mogę ci powiedzieć czy na osobności jest inny.
- Okej! - rzekła podekscytowana. - To pogadamy na lekcji. Będziesz ze mną siedzieć?
Spojrzałam na Bena. Myślałam, że będzie z nim siedziała.
Clara podążyła za moim wzrokiem.
- Nim się nie przejmuj. - uśmiechnęła się krzywo - on od podstawówki siedzi z Maksem.
- No to spoko. - odrzekłam starając się nie ujawniać mojego nowego zapału do rozmowy na temat Johella. Chciałam poznać go bliżej, ale nie opowiadał dużo o sobie bardziej zainteresowany moim życiem. Nauczycielka w końcu przyszła. Była blondynką, muszę przyznać trochę puszystą i nosiła duże okulary. Na pierwszy rzut oka wydawała się dosyć miła. Ale to zazwyczaj tylko pozory. Nauczyciele zawsze na początku są milutcy.
- Jestem Elizabeth Claim i będę zarówno waszą wychowawczynią jak i nauczycielką od biologi. - uśmiechnęła się ciepło.- Założę się, że wy wszyscy się już znacie, a tylko Mennie jest wam troszkę obca, prawda?
Wszyscy pokiwali grzecznie głowami. Tak, w powłoce aniołków czaiły się diabły i czarty.
- A więc to jest Mennie Truelse. Wejdźcie już do klasy. Chcę chwilkę pogadać z Mennie.
Wszyscy jak posłuszne baranki weszli do klasy, a Pani Elizabeth zamknęła za nimi drzwi.
- Co pani ode mnie chciała, Pani Elizabeth? - spytałam uprzejmie.
- Mów mi Eliza, dobrze? - skinęłam głową - Słyszałam, że zgłosiłaś razem z Johellem, że to on będzie cię oprowadzał po szkole. Czy to prawda?
Pokiwałam wolno głową, na co Pani Elizabeth...Eliza głośno westchnęła.
- Rozumiem, że sama dobierasz sobie towarzystwo, ale proszę cię, uważaj na Morisa, dobrze? On jest naprawdę nieprzewidywalny. - byłam bardzo ciekawa co Eliza miała na myśli, ale nie miałam odwagi się zapytać. - A tak poza tym Carley bardzo chciał cię poznać, więc jeśli możesz...pogadaj z nim. To miły chłopak.
- D-dobrze, proszę Pani...Elizo.
- Bez "pani". To mnie jeszcze bardziej postarza niż jestem. - rozpromieniła się. - Chodź, wejdziemy do klasy zanim zdemolują całe pomieszczenie.
***
Biologia była bez zarzutu. To była pierwsza lekcja, więc tylko wstęp i organizacja. Poza tym dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o Johellu. Obecnie jego formalną dziewczyną była szkolna diva Margaret Roouler...to dlatego wszyscy tak dziwnie na mnie patrzyli! Co za cham! On mi tego nie powiedział, a obsypywał mnie komplementami. Oprócz tego dowiedziałam się, że Moris (przez jakiś czas przestaje być dla mnie milutkim Johellem) wszczyna bójki w szkole i dlatego wszyscy się go boją. Czyli ten milutki dżentelmen, który nazywał mnie damą był naprawdę niezłym ziółkiem. Ja już sobie z nim pogadam! Jak mógł mnie tak okłamywać? No dobra, nie mówił nic o sobie, więc nie kłamał, ale zataił pewne fakty. Postanowiłam być dla niego wredna. Przynajmniej, żeby dostał nauczkę. Spotkałam go oczywiście już po biologi.
- To co, dalej zwiedzamy szkołę? Są tu zawsze długie przerwy, więc mamy czas. Sądzę, że teraz na stołówce nikogo nie ma, więc spokojnie wszystko obejrzysz...-no tak. Szukał miejsc, w których nikogo nie było, żeby mógł mnie poderwać.
- Nie. - rzekłam po prostu.
- Nie? - powtórzył zaskoczony Johell.
- Nie. Idę poznać się z Carleyem. Nalegania wychowawczyni. - mruknęłam udając znudzoną. W wyobraźni już na niego wrzeszczałam.
- No dobra. - powiedział zawiedziony. - To chodź, zaprowadzę cię przynajmniej do Carleya. Jak tu szedłem widziałem go po drodze w bibliotece.
Pomachałam do Clary. Zgodziłam się, żeby to Jehell mnie zaprowadził tylko dlatego, że chciałam z nim wyjaśnić kilka spraw. Złapał mnie za rękę i splótł swoje palce z moimi. Szybko się wyrwałam i skarciłam go wzrokiem. Ten tylko uśmiechnął się niewinnie. Gdy znaleźliśmy się w ustronnym miejscu ten objął mnie ramieniem. Znów go odepchnęłam.
- Coś się stało? - przygryzł wargę.
- Nie, jasne że nie. A wiesz, zastanawiałam się czemu wszyscy się na mnie dziwnie patrzą, dopóki Clara nie opowiedziała mi o Margaret. - spojrzałam chłodno na Johella.
Wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem. - powiedział szczerze - Co masz do Roouler?
- Ależ nic! - zawołałam zniecierpliwiona. - Nie wspominałeś, że masz dziewczynę.
Zmarszczył brwi.
- Nie pytałaś.
- Wiesz co, masz racje. Nie pytałam i to nie moja sprawa. Stąd już trafie sama, bo są znaki na ścianach. - powiedziałam wściekła. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę drugiego korytarza. Johell bez problemu mnie dogonił i złapał za rękę.
- Przepraszam. Powinienem był ci powiedzieć.
- Myślałam, że już to uzgodniliśmy: od teraz nie mieszam się w twoje sprawy. Szanuję twoją prywatność. - wyrwałam mu moją ręką - a teraz pozwól że poznam się z Carleyem.
- Mennie...
- Co? - spytałam chłodno. Nie miałam zamiaru mu tego ułatwiać.
- Ja...może to i nie twoja sprawa, ale chciałbym, żeby była twoja. Mennie...zależy mi na tobie.
- Johell...- teraz to mi zrobiło się głupio. - Nie chciałam ci sprawić przykrości.
Uśmiechnął się słodko.
- Chodź tu do mnie. - powiedział i wyciągnął ręce w moją stronę. Posłusznie spełniłam żądanie. Jego uścisk był ciepły i taki serdeczny. Czyżbym już pierwszego dnia się zakochała? To mocno dziwne.
- Johell, ja naprawdę muszę spotkać się z Carleyem.
- Rozumiem. Pójdziesz na następnej przerwie. Teraz cię nie puszczę. - wtulił się w moje włosy.
- Johell, ty masz dziewczynę. Jak ktokolwiek wygada to Margaret będę miała przerąbane.
- Daj spokój. Margaret zostaw mnie, dobrze?
- Dobrze. - westchnęłam.
I tak jakoś wyszło, że tego dnia nie spotkałam się z Carleyem.
Każdą przerwę spędziłam z Johellem.
Nie wiem co o tym sądzić. To mój drugi rozdział dzisiaj i straciłam całą wenę. Może do jutra się zregeneruje. Rozdział dłuższy niż poprzedni. Nie uważacie czasem, że wszystko za szybko się potoczyło? Być może tak jest. Ale mniejsza z tym. No to dobranoc.
Pozdrawiam, autorka.
1
- Tiffany, spiesz się! - krzyknęłam na górę do mojej młodszej siostry. Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły. Tiffany szła do pierwszej klasy podstawówki, ja natomiast do pierwszej liceum. Najważniejsze jest, żeby dobrze wypaść.
Po przeprowadzce w wakacje do Los Angeles nie miałam zbyt dużo czasu na zapoznanie się z osobami, z którymi miałam być w klasie, a to dlatego, że od razu po rozpakowaniu się wyjechaliśmy w dalszą podróż po Kalifornii. Byliśmy w San Diego, Bakersfield, Berkeley, Concord i Hayward. Mój ojczym
uwielbia podróżować, ale nie tylko dlatego mamy urozmaicone wakacje. Przeprowadziliśmy się do Los Angeles w Kalifornii z powodu pracy Francisa. Mój ojczym jeździ do klientów, ponieważ jest dobrym adwokatem. Jego sprawy przebiegają zazwyczaj szybko i pomyślnie, więc wiele osób prosi go o pomoc. Dlatego podróżujemy- nie potrafi im odmówić. A czemu ja, mama, Tiffany i nasza niania jeździmy za ojczymem? Bo twierdzi, że "woli mieć nas przy sobie". W sumie to Francis jest miły i gdyby był moim prawdziwym ojcem na pewno bym go lubiła.
Nagle po schodach zbiegła mała dziewczynka. Była bardziej pewna sukcesu w nowej szkole niż ja. I to o wiele bardziej.
- Mennie, zrobisz mi warkoczyki? - zapytała słodko.
- Jasne skarbie. - uśmiechnęłam się do niej - Siadaj.
Wskazałam ręką krzesło, a ona posłusznie wykonała polecenie. Zabrałam się do robienia warkoczyków po dwóch stronach głowy. Zajęło mi to trochę, bo jej blond włoski były dość długie. Gdy skończyłam oznajmiłam Tiffany, że zrobię naleśniki.
- Juuuhuu! - ucieszyła się.
Zjadłyśmy wspomniane wcześniej naleśniki, spakowałyśmy do (nowych) torb (nowe) książki do (nowych) szkół i wyszłyśmy z (nowego) domu. Pod bramą domu czekał już nasz szofer po pięćdziesiątce i czarna mini limuzyna. Wsiadłyśmy do niej w pośpiechu, a Clark szybko odpalił samochód. Byłam tak zestresowana, że zaczęłam nerwowo skubać mój niebieski sweterek.
Czy osoby, które między sobą znają się już od pierwszej do ósmej klasy podstawówki zaakceptują mnie, bogatą dziewczynę z Houston z Teksasu? Miałam taką nadzieję. Sądzę, że tam nie jest tak jak w moim pierwszym domu w Houston. Tam było wiele osób takich jak ja, ale ja oczywiście byłam ta ostatnia. Gdyby znów tak miało być to chyba rozszarpałabym sobie gardło. Nauczyłam się jednego w podstawówce: jeśli nie przyjaźnisz się z największymi szychami w szkole to jesteś zerem. Lub kujonem.
Jak na złość byłyśmy już pod podstawówką Tiffany, a gdzieś w pobliżu ponoć miało być moje nowe liceum. Moja młodsza siostra cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie i z radością wybiegła z auta. Chciałabym podzielić jej entuzjazm.
Zauważyłam, że Clark patrzy na mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał.
Moi rodzice nie płacą ci za pocieszanie mnie, pomyślałam, ale tylko skinęłam głową.
Uśmiechnął się ciepło.
- Pamiętam mój pierwszy dzień w nowej szkole. Zobaczysz, wszystko si ułoży.
Znów tylko skinęłam głową. Nienawidziłam gdy ktoś mnie pocieszał.
Clark wsiadł do samochodu i ruszył. A jednak zapewnienia szofera trochę mnie uspokoiły. W swoim życiu przeprowadziłam się już dwa razy (ten był trzeci) i zawsze jakoś wtapiałam się w tłum...może nie było to najlepsze wyjście, żeby nikt cię nie zauważał, ale jednak jakiś sposób na przetrwanie.
Samochód stanął. Wyjrzałam przez okno. Szkoła miała trzy piętra pomalowane na kolor żółty i bordowe dachówki. Rozejrzałam się po oknach. Jeśli byłoby jakieś potłuczone to wiedziałabym mniej-więcej jacy są tutejsi uczniowie, ale takiego nie znalazłam. Sama nie wiedziałam czy tym faktem mam się cieszyć czy raczej płakać.
Wysiadłam z auta i wolnym krokiem zmierzałam w stronę drzwi wyjściowych. No i oczywiście jak na początek ktoś musiał mnie potrącić. I teraz jak zareagować? Przeprosić? Mowy nie ma. Będą mnie uważali za mięczaka. Jak nawrzeszczę na tę osobę, to przynajmniej zyskam respekt.
Spojrzałam z udawaną złością w stronę chłopaka. Był średniego wzrostu i miał blond włosy.
- Uważaj jak chodzisz, łamago! - powiedziałam. I od razu tego pożałowałam. Jak ja mogłam być taka wredna?
Chłopak nie wydawał się zaskoczony...raczej rozzłoszczony.
- To ty uważaj, suko! - wrzasnął blondyn.
Upss...mam przechlapane. Czyżby to był ktoś, kogo się wszyscy boją? No nieźle. Podpadłam już pierwszego dnia. Teraz ważne, żeby się nie złamać. Położyłam rękę na biodrze i spojrzałam chłodno na chłopaka.
- Pfff! Kim ty niby jesteś, że śmiesz mnie obrażać?
- Już po tobie, ty dziwko! - warknął.
- Nie sądzę. - odezwał się męski głos. Oboje zaskoczeni spojrzeliśmy w stronę chłopaka. Był to wysoki brunet o ślicznych zielonych oczach... - Lorens, Lorens, Lorens. Czy ładnie jest obrażać damę?
Chcąc-nie chcąc zarumieniłam się. Jestem damą! Potraktuję to jako komplement.
- N-nie. Nie-e ł-ład-dnie. - wyjąkał Lor.ens.
- Tak myślałem. - rzekł nieznajomy wybawiciel. - Jestem Johell Moris - przedstawił się.
- M-Mennie Truelse.
- Bardzo ładne imię, Mennie. - powiedział. Moje imię zabrzmiało w jego ustach tak perfekcyjnie...
- D-dziękuj-ję. T-twoje też. - I że też się tak jąkałam! Ciekawe co sobie o mnie pomyśli Johell.
Johell złapał mnie za przegub ręki i pociągnął w stronę szkoły.
- Oprowadzę cię po liceum. Miał to zrobić Carley, ale skoro już na ciebie trafiłem to zgłosimy do sekretariatu, że ja to zrobię.- wyszczerzył się - Chyba, że masz coś przeciwko.
- Nie, nie, jasne, że nie - powiedziałam zbyt szybko. Żeby nie wyjść na głupią zapytałam: - Kim jest Carley?
- To człowiek. - odpowiedział z pogardą.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. To chyba naturalne, że jesteśmy ludźmi, prawda? Chyba że w tej szkole jest dziwne pojęcie słowa "człowiek". Spojrzałam na niego pytająco.
- Och, Carley to pupilek nauczycieli. - zmieszał się i tak jak starał się zmienić temat - Mennie, co cię sprowadza do naszej szkoły?
- Przeprowadziłam się.
- Skąd?
- Noo...trudno powiedzieć. To moja trzecia przeprowadzka.
- A gdzie mieszkałaś początkowo?
- W Houston.
- W Teksasie?
Skinęłam głową.
- A czemu się przeprowadziłaś?
- Za dużo zadajesz pytań, a za mało oprowadzasz po liceum. - skarciłam go.
- Nie prawda. Ja tylko interesuje się życiem młodej damy, Mennie. - byłam nim oczarowana. Był w prawie tym samym wieku co ja, a tak pięknie się wysławiał! Oblałam się rumieńcem.
- Mennie, to nie powód, żeby się rumienić. - spojrzał na mnie z rozbawieniem. A ja zarumieniłam się jeszcze bardziej, na co Johell zareagował kolejnym wybuchem rechotu, słodkiego dodam.
Szturchnęłam go.
- Przestań.
- No nie wiem. Jak się rumienisz wyglądasz uroczo.
I tak zaczęłam nowy rozdział w swoim życiu.
***
Co o tym sądzicie? Moim zdaniem rozdział krótki, ale nie mam do tego cierpliwości. Chyba jest OK.
Pozdrawiam, autorka.
Po przeprowadzce w wakacje do Los Angeles nie miałam zbyt dużo czasu na zapoznanie się z osobami, z którymi miałam być w klasie, a to dlatego, że od razu po rozpakowaniu się wyjechaliśmy w dalszą podróż po Kalifornii. Byliśmy w San Diego, Bakersfield, Berkeley, Concord i Hayward. Mój ojczym
uwielbia podróżować, ale nie tylko dlatego mamy urozmaicone wakacje. Przeprowadziliśmy się do Los Angeles w Kalifornii z powodu pracy Francisa. Mój ojczym jeździ do klientów, ponieważ jest dobrym adwokatem. Jego sprawy przebiegają zazwyczaj szybko i pomyślnie, więc wiele osób prosi go o pomoc. Dlatego podróżujemy- nie potrafi im odmówić. A czemu ja, mama, Tiffany i nasza niania jeździmy za ojczymem? Bo twierdzi, że "woli mieć nas przy sobie". W sumie to Francis jest miły i gdyby był moim prawdziwym ojcem na pewno bym go lubiła.
Nagle po schodach zbiegła mała dziewczynka. Była bardziej pewna sukcesu w nowej szkole niż ja. I to o wiele bardziej.
- Mennie, zrobisz mi warkoczyki? - zapytała słodko.
- Jasne skarbie. - uśmiechnęłam się do niej - Siadaj.
Wskazałam ręką krzesło, a ona posłusznie wykonała polecenie. Zabrałam się do robienia warkoczyków po dwóch stronach głowy. Zajęło mi to trochę, bo jej blond włoski były dość długie. Gdy skończyłam oznajmiłam Tiffany, że zrobię naleśniki.
- Juuuhuu! - ucieszyła się.
Zjadłyśmy wspomniane wcześniej naleśniki, spakowałyśmy do (nowych) torb (nowe) książki do (nowych) szkół i wyszłyśmy z (nowego) domu. Pod bramą domu czekał już nasz szofer po pięćdziesiątce i czarna mini limuzyna. Wsiadłyśmy do niej w pośpiechu, a Clark szybko odpalił samochód. Byłam tak zestresowana, że zaczęłam nerwowo skubać mój niebieski sweterek.
Czy osoby, które między sobą znają się już od pierwszej do ósmej klasy podstawówki zaakceptują mnie, bogatą dziewczynę z Houston z Teksasu? Miałam taką nadzieję. Sądzę, że tam nie jest tak jak w moim pierwszym domu w Houston. Tam było wiele osób takich jak ja, ale ja oczywiście byłam ta ostatnia. Gdyby znów tak miało być to chyba rozszarpałabym sobie gardło. Nauczyłam się jednego w podstawówce: jeśli nie przyjaźnisz się z największymi szychami w szkole to jesteś zerem. Lub kujonem.
Jak na złość byłyśmy już pod podstawówką Tiffany, a gdzieś w pobliżu ponoć miało być moje nowe liceum. Moja młodsza siostra cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie i z radością wybiegła z auta. Chciałabym podzielić jej entuzjazm.
Zauważyłam, że Clark patrzy na mnie.
- Wszystko w porządku? - spytał.
Moi rodzice nie płacą ci za pocieszanie mnie, pomyślałam, ale tylko skinęłam głową.
Uśmiechnął się ciepło.
- Pamiętam mój pierwszy dzień w nowej szkole. Zobaczysz, wszystko si ułoży.
Znów tylko skinęłam głową. Nienawidziłam gdy ktoś mnie pocieszał.
Clark wsiadł do samochodu i ruszył. A jednak zapewnienia szofera trochę mnie uspokoiły. W swoim życiu przeprowadziłam się już dwa razy (ten był trzeci) i zawsze jakoś wtapiałam się w tłum...może nie było to najlepsze wyjście, żeby nikt cię nie zauważał, ale jednak jakiś sposób na przetrwanie.
Samochód stanął. Wyjrzałam przez okno. Szkoła miała trzy piętra pomalowane na kolor żółty i bordowe dachówki. Rozejrzałam się po oknach. Jeśli byłoby jakieś potłuczone to wiedziałabym mniej-więcej jacy są tutejsi uczniowie, ale takiego nie znalazłam. Sama nie wiedziałam czy tym faktem mam się cieszyć czy raczej płakać.
Wysiadłam z auta i wolnym krokiem zmierzałam w stronę drzwi wyjściowych. No i oczywiście jak na początek ktoś musiał mnie potrącić. I teraz jak zareagować? Przeprosić? Mowy nie ma. Będą mnie uważali za mięczaka. Jak nawrzeszczę na tę osobę, to przynajmniej zyskam respekt.
Spojrzałam z udawaną złością w stronę chłopaka. Był średniego wzrostu i miał blond włosy.
- Uważaj jak chodzisz, łamago! - powiedziałam. I od razu tego pożałowałam. Jak ja mogłam być taka wredna?
Chłopak nie wydawał się zaskoczony...raczej rozzłoszczony.
- To ty uważaj, suko! - wrzasnął blondyn.
Upss...mam przechlapane. Czyżby to był ktoś, kogo się wszyscy boją? No nieźle. Podpadłam już pierwszego dnia. Teraz ważne, żeby się nie złamać. Położyłam rękę na biodrze i spojrzałam chłodno na chłopaka.
- Pfff! Kim ty niby jesteś, że śmiesz mnie obrażać?
- Już po tobie, ty dziwko! - warknął.
- Nie sądzę. - odezwał się męski głos. Oboje zaskoczeni spojrzeliśmy w stronę chłopaka. Był to wysoki brunet o ślicznych zielonych oczach... - Lorens, Lorens, Lorens. Czy ładnie jest obrażać damę?
Chcąc-nie chcąc zarumieniłam się. Jestem damą! Potraktuję to jako komplement.
- N-nie. Nie-e ł-ład-dnie. - wyjąkał Lor.ens.
- Tak myślałem. - rzekł nieznajomy wybawiciel. - Jestem Johell Moris - przedstawił się.
- M-Mennie Truelse.
- Bardzo ładne imię, Mennie. - powiedział. Moje imię zabrzmiało w jego ustach tak perfekcyjnie...
- D-dziękuj-ję. T-twoje też. - I że też się tak jąkałam! Ciekawe co sobie o mnie pomyśli Johell.
Johell złapał mnie za przegub ręki i pociągnął w stronę szkoły.
- Oprowadzę cię po liceum. Miał to zrobić Carley, ale skoro już na ciebie trafiłem to zgłosimy do sekretariatu, że ja to zrobię.- wyszczerzył się - Chyba, że masz coś przeciwko.
- Nie, nie, jasne, że nie - powiedziałam zbyt szybko. Żeby nie wyjść na głupią zapytałam: - Kim jest Carley?
- To człowiek. - odpowiedział z pogardą.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. To chyba naturalne, że jesteśmy ludźmi, prawda? Chyba że w tej szkole jest dziwne pojęcie słowa "człowiek". Spojrzałam na niego pytająco.
- Och, Carley to pupilek nauczycieli. - zmieszał się i tak jak starał się zmienić temat - Mennie, co cię sprowadza do naszej szkoły?
- Przeprowadziłam się.
- Skąd?
- Noo...trudno powiedzieć. To moja trzecia przeprowadzka.
- A gdzie mieszkałaś początkowo?
- W Houston.
- W Teksasie?
Skinęłam głową.
- A czemu się przeprowadziłaś?
- Za dużo zadajesz pytań, a za mało oprowadzasz po liceum. - skarciłam go.
- Nie prawda. Ja tylko interesuje się życiem młodej damy, Mennie. - byłam nim oczarowana. Był w prawie tym samym wieku co ja, a tak pięknie się wysławiał! Oblałam się rumieńcem.
- Mennie, to nie powód, żeby się rumienić. - spojrzał na mnie z rozbawieniem. A ja zarumieniłam się jeszcze bardziej, na co Johell zareagował kolejnym wybuchem rechotu, słodkiego dodam.
Szturchnęłam go.
- Przestań.
- No nie wiem. Jak się rumienisz wyglądasz uroczo.
I tak zaczęłam nowy rozdział w swoim życiu.
***
Co o tym sądzicie? Moim zdaniem rozdział krótki, ale nie mam do tego cierpliwości. Chyba jest OK.
Pozdrawiam, autorka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
