sobota, 10 maja 2014

1

   - Tiffany, spiesz się! - krzyknęłam na górę do mojej młodszej siostry. Dzisiaj był pierwszy dzień szkoły. Tiffany szła do pierwszej klasy podstawówki, ja natomiast do pierwszej liceum. Najważniejsze jest, żeby dobrze wypaść.
   Po przeprowadzce w wakacje do Los Angeles nie miałam zbyt dużo czasu na zapoznanie się z osobami, z którymi miałam być w klasie, a to dlatego, że od razu po rozpakowaniu się wyjechaliśmy w dalszą podróż po Kalifornii. Byliśmy w San Diego, Bakersfield, Berkeley, Concord i Hayward. Mój ojczym
uwielbia podróżować, ale nie tylko dlatego mamy urozmaicone wakacje. Przeprowadziliśmy się do Los Angeles w Kalifornii z powodu pracy Francisa. Mój ojczym jeździ do klientów, ponieważ jest dobrym adwokatem. Jego sprawy przebiegają zazwyczaj szybko i pomyślnie, więc wiele osób prosi go o pomoc. Dlatego podróżujemy- nie potrafi im odmówić. A czemu ja, mama, Tiffany i nasza niania jeździmy za ojczymem? Bo twierdzi, że "woli mieć nas przy sobie". W sumie to Francis jest miły i gdyby był moim prawdziwym ojcem na pewno bym go lubiła.
   Nagle po schodach zbiegła mała dziewczynka. Była bardziej pewna sukcesu w nowej szkole niż ja. I to o wiele bardziej.
   - Mennie, zrobisz mi warkoczyki? - zapytała słodko.
   - Jasne skarbie. - uśmiechnęłam się do niej - Siadaj.
   Wskazałam ręką krzesło, a ona posłusznie wykonała polecenie. Zabrałam się do robienia warkoczyków po dwóch stronach głowy. Zajęło mi to trochę, bo jej blond włoski były dość długie. Gdy skończyłam oznajmiłam Tiffany, że zrobię naleśniki.
   - Juuuhuu! - ucieszyła się.
   Zjadłyśmy wspomniane wcześniej naleśniki, spakowałyśmy do (nowych) torb (nowe) książki do (nowych) szkół i wyszłyśmy z (nowego) domu. Pod bramą domu czekał już nasz szofer po pięćdziesiątce i czarna mini limuzyna. Wsiadłyśmy do niej w pośpiechu, a Clark szybko odpalił samochód. Byłam tak zestresowana, że zaczęłam nerwowo skubać mój niebieski sweterek.
   Czy osoby, które między sobą znają się już od pierwszej do ósmej klasy podstawówki zaakceptują mnie, bogatą dziewczynę z Houston z Teksasu? Miałam taką nadzieję. Sądzę, że tam nie jest tak jak w moim pierwszym domu w Houston. Tam było wiele osób takich jak ja, ale ja oczywiście byłam ta ostatnia. Gdyby znów tak miało być to chyba rozszarpałabym sobie gardło. Nauczyłam się jednego w podstawówce: jeśli nie przyjaźnisz się z największymi szychami w szkole to jesteś zerem. Lub kujonem.
   Jak na złość byłyśmy już pod podstawówką Tiffany, a gdzieś w pobliżu ponoć miało być moje nowe liceum. Moja młodsza siostra cmoknęła mnie w policzek na pożegnanie i z radością wybiegła z auta. Chciałabym podzielić jej entuzjazm.
   Zauważyłam, że Clark patrzy na mnie.
   - Wszystko w porządku? - spytał.
   Moi rodzice nie płacą ci za pocieszanie mnie, pomyślałam, ale tylko skinęłam głową.
   Uśmiechnął się ciepło.
   - Pamiętam mój pierwszy dzień w nowej szkole. Zobaczysz, wszystko si ułoży.
   Znów tylko skinęłam głową. Nienawidziłam gdy ktoś mnie pocieszał.
   Clark wsiadł do samochodu i ruszył. A jednak zapewnienia szofera trochę mnie uspokoiły. W swoim życiu przeprowadziłam się już dwa razy (ten był trzeci) i zawsze jakoś wtapiałam się w tłum...może nie było to najlepsze wyjście, żeby nikt cię nie zauważał, ale jednak jakiś sposób na przetrwanie.
    Samochód stanął. Wyjrzałam przez okno. Szkoła miała trzy piętra pomalowane na kolor żółty i bordowe dachówki. Rozejrzałam się po oknach. Jeśli byłoby jakieś potłuczone to wiedziałabym mniej-więcej jacy są tutejsi uczniowie, ale takiego nie znalazłam. Sama nie wiedziałam czy tym faktem mam się cieszyć czy raczej płakać.
 Wysiadłam z auta i wolnym krokiem zmierzałam w stronę drzwi wyjściowych. No i oczywiście jak na początek ktoś musiał mnie potrącić. I teraz jak zareagować? Przeprosić? Mowy nie ma. Będą mnie uważali za mięczaka. Jak nawrzeszczę na tę osobę, to przynajmniej zyskam respekt.
   Spojrzałam z udawaną złością w stronę chłopaka. Był średniego wzrostu i miał blond włosy.
   -  Uważaj jak chodzisz, łamago! - powiedziałam. I od razu tego pożałowałam. Jak ja mogłam być taka wredna?
   Chłopak nie wydawał się zaskoczony...raczej rozzłoszczony.
   - To ty uważaj, suko! - wrzasnął blondyn.
   Upss...mam przechlapane. Czyżby to był ktoś, kogo się wszyscy boją? No nieźle. Podpadłam już pierwszego dnia. Teraz ważne, żeby się nie złamać. Położyłam rękę na biodrze i spojrzałam chłodno na chłopaka.
   - Pfff! Kim ty niby jesteś, że śmiesz mnie obrażać?
   - Już po tobie, ty dziwko! - warknął.
   - Nie sądzę. - odezwał się męski głos. Oboje zaskoczeni spojrzeliśmy w stronę chłopaka. Był to wysoki brunet o ślicznych zielonych oczach... - Lorens, Lorens, Lorens. Czy ładnie jest obrażać damę?
   Chcąc-nie chcąc zarumieniłam się. Jestem damą! Potraktuję to jako komplement.
   - N-nie. Nie-e ł-ład-dnie. - wyjąkał Lor.ens.
   - Tak myślałem. - rzekł nieznajomy wybawiciel. - Jestem Johell Moris - przedstawił się.
   - M-Mennie Truelse.
   - Bardzo ładne imię, Mennie. - powiedział. Moje imię zabrzmiało w jego ustach tak perfekcyjnie...
   - D-dziękuj-ję. T-twoje też. - I że też się tak jąkałam! Ciekawe co sobie o mnie pomyśli Johell.
   Johell złapał mnie za przegub ręki i pociągnął w stronę szkoły.
   - Oprowadzę cię po liceum. Miał to zrobić Carley, ale skoro już na ciebie trafiłem to zgłosimy do sekretariatu, że ja to zrobię.- wyszczerzył się - Chyba, że masz coś przeciwko.
   - Nie, nie, jasne, że nie - powiedziałam zbyt szybko. Żeby nie wyjść na głupią zapytałam: - Kim jest Carley?
   - To człowiek. - odpowiedział z pogardą.
   Nie wiedziałam co odpowiedzieć. To chyba naturalne, że jesteśmy ludźmi, prawda? Chyba że w tej szkole jest dziwne pojęcie słowa "człowiek". Spojrzałam na niego pytająco.
   - Och, Carley to pupilek nauczycieli. - zmieszał się i tak jak starał się zmienić temat - Mennie, co cię sprowadza do naszej szkoły?
   - Przeprowadziłam się.
   - Skąd?
   - Noo...trudno powiedzieć. To moja trzecia przeprowadzka.
   - A gdzie mieszkałaś początkowo?
   - W Houston.
   - W Teksasie?
   Skinęłam głową.
   - A czemu się przeprowadziłaś?
   - Za dużo zadajesz pytań, a za mało oprowadzasz po liceum. - skarciłam go.
   - Nie prawda. Ja tylko interesuje się życiem młodej damy, Mennie. - byłam nim oczarowana. Był w prawie tym samym wieku co ja, a tak pięknie się wysławiał! Oblałam się rumieńcem.
   - Mennie, to nie powód, żeby się rumienić. - spojrzał na mnie z rozbawieniem. A ja zarumieniłam się jeszcze bardziej, na co Johell zareagował kolejnym wybuchem rechotu, słodkiego dodam.
   Szturchnęłam go.
   - Przestań.
   - No nie wiem. Jak się rumienisz wyglądasz uroczo.
   I tak zaczęłam nowy rozdział w swoim życiu.
***


Co o tym sądzicie? Moim zdaniem rozdział krótki, ale nie mam do tego cierpliwości. Chyba jest OK.
Pozdrawiam, autorka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz