- Że jak się rumienisz to wyglądasz uroczo? -mrugnął do mnie
- Ehm. - wydukałam. Ten facet mnie onieśmielał.
- Tak, serio. Ogólnie jesteś uroczą damą. Masz przynajmniej maniery. Jak to się stało, że już pierwszego podpadłaś Lorensowi?
I co ja mu miałam powiedzieć? Przed chwilą powiedział, że mam maniery, a ja przecież nazwałam Lorensa łamagą. No to klapa. Kłamać nie potrafiłam, więc musiałam mu powiedzieć prawdę. Przychodziło mi to z trudem.
- No, ten teges...ummm, no bo on mnie potrącił...i...
- I nie przeprosił? - pomagał mi Johell.
- Aaa, coś w tym stylu?
- Ty się mnie pytasz? - zaśmiał się.
- No bo...
- Dobra nie mów. Rozumiem, że jeszcze mi nie ufasz.
- Ufam ci. - to było mocno dziwne, ale naprawdę mu ufałam. Czułam, że mogłabym mu się wyżalić, a on by nikomu tego nie powiedział. Bałam się tylko jego reakcji.
- Ach tak? Przecież ledwo co mnie znasz. Co ty o mnie wiesz?
- Że...no, ummm, nazywasz się Johell Moris, jesteś miły, aaa...
- I to tyle, prawda? Ja wiem o tobie więcej. No, ale za pięć minut dzwonek na lekcję, więc chodź, pokaże ci gdzie są szafki.
Sama nie wiedziałam czemu dawałam się ciągle łapać za rękę Johellowi. Szczerze mówiąc to w ogóle go nie znałam, ale jednak czułam się przy nim jakoś tak...swobodnie, tak, tak to można ująć. Johell zaprowadził mnie do dosyć sporego pomieszczenia. Było w nim ciemno, więc brunet zapalił światło, które na krótką chwilę mnie oślepiło. Gdy zamglenie przeminęło ujrzałam rzędy dużych szafek, które były ustawione pod ścianami. Znalazłam ten rząd, który był przeznaczony dla 1a i sprawdziłam jaką mam pierwszą lekcję. Biologia. Westchnęłam. Nigdy nie lubiłam tego przedmiotu. Bo po co mi wiedza na temat tkanek i komórek? To co miałam do tej pory na przyrodzie mogłoby mi się jeszcze przydać, no ale bez przesady. Co, że niby będę specjalnie chodzić z mikroskopem, żeby upewnić się, że drzewo pod moim domem na pewno jest rośliną? Bo może ma tkanki zwierzęce? Bez jaj, to by było mocno zakręcone.
- Mennie, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- zapytał zniecierpliwiony Johell.
- Co? - odpowiedziałam głupkowato.
- Och nic. Tak po prostu zastanawiałem się czemu bujasz w obłokach. Wzięłaś książki? - Johell wyglądał na rozzłoszczonego.
- P-przepraszam. - bąknęłam gdzieś na bok.
Johell westchnął.
- Dobra, dobra, chodź już. Mamy dwie minuty, a ja muszę zaprowadzić cię jeszcze pod salę. Co masz pierwsze?
- Biologię.
- Ach no tak, przecież zawsze pierwszą lekcję mamy z wychowawcami. Powinienem był pamiętać.
- Że co?! - baba od biologi miała być moją wychowawczynią? Tego było już za wiele!
- To co słyszałaś. - wzruszył ramionami. - Idziemy?
Skinęłam głową. Johell objął mnie jedną ręką i prowadził pod moją salę. Jego bliskość powinna była mnie rozpraszać i denerwować, ale chłopak działał na mnie wprost przeciwnie: uspokajająco. Wyszliśmy z szatni. Korytarz tutaj był opustoszały, ciemny i zimny, więc poczułam dreszcze. Johell najwyraźniej to zauważył, bo przyciągnął mnie bliżej do siebie. Minęliśmy damską toaletę i skręciliśmy w lewy korytarz. Szkoła z zewnątrz wydawała się o wiele mniejsza niż była naprawdę. Można by się w niej zgubić, dlatego dobrze czułam się mając przewodnika. W tym korytarzu chodziło o wiele więcej uczniów. Gapili się na mnie i na przytulającego mnie Johella, więc lekko go od siebie odepchnęłam. Z ulgą stwierdziłam, że sam zainteresowany nie wziął tego do siebie. Zauważył, że się na niego patrzyłam,więc skinął głową na znak zrozumienia. Uff.
Zanim się zorientowałam byliśmy już pod moją klasą. Johell posłał mi krótki, ale ciepły uśmiech.
- Dasz sobie radę, Mennie. - powiedział z troską.
- Mam nadzieję, Johell - I już go nie było.
Czekałam pod salą z resztą uczniów. Przyglądałam się każdemu po kolei. Było tu sporo oddzielnych grup, które rozmawiały tylko w swoim towarzystwie. Czterech umięśnionych chłopaków podjęło temat footballu, a ponieważ ze sportu raczej byłam cienka szybko straciłam zainteresowanie mięśniakami. W tym gwarze rozmów dostrzegłam trójkę dziewczyn, które zawzięcie o czymś dyskutowały i co jakiś czas patrzyły na mnie z ukosa. Widać plotki po tym liceum dosyć szybko się rozpowszechniały. Nie wiedziałam gdzie podziać wzrok dopóki nie podeszła do mnie niska dziewczyna o kruczoczarnych włosach.
- Cześć, jestem Clara. - przywitała się entuzjastycznie.
Uśmiechnęłam się do niej.
- Mennie Truelse. - podałyśmy sobie ręce.
- Widzisz tamtego chłopaka? - wskazała brodą szatyna, który stał przy samych drzwiach i słuchał muzyki na Mp3.
- No.
- To Ben, mój chłopak. - Ben był całkiem przystojny. Oczywiście od razu porównałam go z Johellem, który miał wydatne kości policzkowe, zgrabny nos, piękne, szmaragdowe oczy i lekko zawinięte rzęsy. I zaraz po porównaniu go z Johellem stwierdziłam, że Ben nieco odbiega od ideału, ale wyglądał słodko ze szpiczastym noskiem.
- Dobra, nie mogę wytrzymać. Przepraszam, że o to pytam, ale jak to możliwe, że Johell zainteresował się akurat tobą? - zapytała Clara.
Tak jak myślałam: plotki szybko się tu rozchodzą.
Westchnęłam.
- Sama nie wiem. A co ze mną nie tak skoro Johell zainteresował się "akurat" mną?
- Przepraszam! Nie chciałam cię obrazić. Szczerze mówiąc to chciałam się z tobą zaprzyjaźnić. Ale wszyscy jesteśmy ciekawi. Johell to jeden z tych fajniejszych gości. Pamiętam go podstawówki.
- Okej. Spoko - mruknęłam.
- Wybaczysz?
- Jasne.
- Okej, skoro już zadałam to pytanie to...jaki on naprawdę jest? To znaczy na osobności? - wypytywała dalej.
No właśnie. Jaki on jest naprawdę? Musiałam zdobyć o nim trochę więcej informacji do naszego następnego spotkania. Bo musiałam wiedzieć czy moje zaufanie do niego jest właściwe.
- No to...no nie mam porównania. Jak mi powiesz jak się zachowuje przy wszystkich to mogę ci powiedzieć czy na osobności jest inny.
- Okej! - rzekła podekscytowana. - To pogadamy na lekcji. Będziesz ze mną siedzieć?
Spojrzałam na Bena. Myślałam, że będzie z nim siedziała.
Clara podążyła za moim wzrokiem.
- Nim się nie przejmuj. - uśmiechnęła się krzywo - on od podstawówki siedzi z Maksem.
- No to spoko. - odrzekłam starając się nie ujawniać mojego nowego zapału do rozmowy na temat Johella. Chciałam poznać go bliżej, ale nie opowiadał dużo o sobie bardziej zainteresowany moim życiem. Nauczycielka w końcu przyszła. Była blondynką, muszę przyznać trochę puszystą i nosiła duże okulary. Na pierwszy rzut oka wydawała się dosyć miła. Ale to zazwyczaj tylko pozory. Nauczyciele zawsze na początku są milutcy.
- Jestem Elizabeth Claim i będę zarówno waszą wychowawczynią jak i nauczycielką od biologi. - uśmiechnęła się ciepło.- Założę się, że wy wszyscy się już znacie, a tylko Mennie jest wam troszkę obca, prawda?
Wszyscy pokiwali grzecznie głowami. Tak, w powłoce aniołków czaiły się diabły i czarty.
- A więc to jest Mennie Truelse. Wejdźcie już do klasy. Chcę chwilkę pogadać z Mennie.
Wszyscy jak posłuszne baranki weszli do klasy, a Pani Elizabeth zamknęła za nimi drzwi.
- Co pani ode mnie chciała, Pani Elizabeth? - spytałam uprzejmie.
- Mów mi Eliza, dobrze? - skinęłam głową - Słyszałam, że zgłosiłaś razem z Johellem, że to on będzie cię oprowadzał po szkole. Czy to prawda?
Pokiwałam wolno głową, na co Pani Elizabeth...Eliza głośno westchnęła.
- Rozumiem, że sama dobierasz sobie towarzystwo, ale proszę cię, uważaj na Morisa, dobrze? On jest naprawdę nieprzewidywalny. - byłam bardzo ciekawa co Eliza miała na myśli, ale nie miałam odwagi się zapytać. - A tak poza tym Carley bardzo chciał cię poznać, więc jeśli możesz...pogadaj z nim. To miły chłopak.
- D-dobrze, proszę Pani...Elizo.
- Bez "pani". To mnie jeszcze bardziej postarza niż jestem. - rozpromieniła się. - Chodź, wejdziemy do klasy zanim zdemolują całe pomieszczenie.
***
Biologia była bez zarzutu. To była pierwsza lekcja, więc tylko wstęp i organizacja. Poza tym dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o Johellu. Obecnie jego formalną dziewczyną była szkolna diva Margaret Roouler...to dlatego wszyscy tak dziwnie na mnie patrzyli! Co za cham! On mi tego nie powiedział, a obsypywał mnie komplementami. Oprócz tego dowiedziałam się, że Moris (przez jakiś czas przestaje być dla mnie milutkim Johellem) wszczyna bójki w szkole i dlatego wszyscy się go boją. Czyli ten milutki dżentelmen, który nazywał mnie damą był naprawdę niezłym ziółkiem. Ja już sobie z nim pogadam! Jak mógł mnie tak okłamywać? No dobra, nie mówił nic o sobie, więc nie kłamał, ale zataił pewne fakty. Postanowiłam być dla niego wredna. Przynajmniej, żeby dostał nauczkę. Spotkałam go oczywiście już po biologi.
- To co, dalej zwiedzamy szkołę? Są tu zawsze długie przerwy, więc mamy czas. Sądzę, że teraz na stołówce nikogo nie ma, więc spokojnie wszystko obejrzysz...-no tak. Szukał miejsc, w których nikogo nie było, żeby mógł mnie poderwać.
- Nie. - rzekłam po prostu.
- Nie? - powtórzył zaskoczony Johell.
- Nie. Idę poznać się z Carleyem. Nalegania wychowawczyni. - mruknęłam udając znudzoną. W wyobraźni już na niego wrzeszczałam.
- No dobra. - powiedział zawiedziony. - To chodź, zaprowadzę cię przynajmniej do Carleya. Jak tu szedłem widziałem go po drodze w bibliotece.
Pomachałam do Clary. Zgodziłam się, żeby to Jehell mnie zaprowadził tylko dlatego, że chciałam z nim wyjaśnić kilka spraw. Złapał mnie za rękę i splótł swoje palce z moimi. Szybko się wyrwałam i skarciłam go wzrokiem. Ten tylko uśmiechnął się niewinnie. Gdy znaleźliśmy się w ustronnym miejscu ten objął mnie ramieniem. Znów go odepchnęłam.
- Coś się stało? - przygryzł wargę.
- Nie, jasne że nie. A wiesz, zastanawiałam się czemu wszyscy się na mnie dziwnie patrzą, dopóki Clara nie opowiedziała mi o Margaret. - spojrzałam chłodno na Johella.
Wzruszył ramionami.
- Nie rozumiem. - powiedział szczerze - Co masz do Roouler?
- Ależ nic! - zawołałam zniecierpliwiona. - Nie wspominałeś, że masz dziewczynę.
Zmarszczył brwi.
- Nie pytałaś.
- Wiesz co, masz racje. Nie pytałam i to nie moja sprawa. Stąd już trafie sama, bo są znaki na ścianach. - powiedziałam wściekła. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę drugiego korytarza. Johell bez problemu mnie dogonił i złapał za rękę.
- Przepraszam. Powinienem był ci powiedzieć.
- Myślałam, że już to uzgodniliśmy: od teraz nie mieszam się w twoje sprawy. Szanuję twoją prywatność. - wyrwałam mu moją ręką - a teraz pozwól że poznam się z Carleyem.
- Mennie...
- Co? - spytałam chłodno. Nie miałam zamiaru mu tego ułatwiać.
- Ja...może to i nie twoja sprawa, ale chciałbym, żeby była twoja. Mennie...zależy mi na tobie.
- Johell...- teraz to mi zrobiło się głupio. - Nie chciałam ci sprawić przykrości.
Uśmiechnął się słodko.
- Chodź tu do mnie. - powiedział i wyciągnął ręce w moją stronę. Posłusznie spełniłam żądanie. Jego uścisk był ciepły i taki serdeczny. Czyżbym już pierwszego dnia się zakochała? To mocno dziwne.
- Johell, ja naprawdę muszę spotkać się z Carleyem.
- Rozumiem. Pójdziesz na następnej przerwie. Teraz cię nie puszczę. - wtulił się w moje włosy.
- Johell, ty masz dziewczynę. Jak ktokolwiek wygada to Margaret będę miała przerąbane.
- Daj spokój. Margaret zostaw mnie, dobrze?
- Dobrze. - westchnęłam.
I tak jakoś wyszło, że tego dnia nie spotkałam się z Carleyem.
Każdą przerwę spędziłam z Johellem.
Nie wiem co o tym sądzić. To mój drugi rozdział dzisiaj i straciłam całą wenę. Może do jutra się zregeneruje. Rozdział dłuższy niż poprzedni. Nie uważacie czasem, że wszystko za szybko się potoczyło? Być może tak jest. Ale mniejsza z tym. No to dobranoc.
Pozdrawiam, autorka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz